Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2015

Pocztówki znad Nilu



Dlaczego znowu post na temat Nilu? Przysłowie egipskie mówi, że Egipt to Nil, a Nil to Egipt. A ja po powrocie z Egiptu nadal myślę o Egipcie, śnię o Egipcie, marzę o Egipcie. (Inna sprawa, że w ciągu dwóch ostatnich tygodni zdążyłam już wejść na ścieżkę planowania samodzielnej wyprawy zimą do Tajlandii, letniego wyjazdu do Chin na 3-tygodniowy tramping, krótkiej wycieczki do Turcji lub Chorwacji oraz wakacji 2015 w Bawarii i Tyrolu…)

Tym razem nie chcę się wymądrzać na żaden temat. Chcę tylko pokazać trochę fotek znad Nilu i zająć się jego poetyczną stroną. Pisać o kolorach wody i nieba, sylwetkach wydobywanych przez światło i mrok z lśnienia nurtu i z chaosu nabrzeża. Zaczynam więc odliczanie po arabsku (po coś się tego na wycieczce wykułam pod groźbą oberwania w pośladki trzciną, prawda?): ŁAHE! ETNE! TALATA!  Oto nasz Nil od świtu do nocy…

Zaczęło się od balonów. Ale bez nas - na lot balonem jeszcze przyjdzie czas. Teraz, w Egipcie, mieliśmy i bez tego multum atrakcji, wśród których wiele było dla nas zupełnie nowych. Mam tu na myśli pustynne rajdy na quadach i spiderach, kurs obsługi wielbłąda, palenie sziszy i oglądanie rozgwieżdżonego nieba przez prawdziwy teleskop, nurkowanie i snurkowanie nad rafą koralową, a także jedzenie świeżej guawy, świeżych daktyli i słynnego, egipskiego „fula” (o czym napiszę kiedy indziej). Poza tym jakoś nie mogliśmy się pogodzić z wydatkiem po 130 dolców na osobę za wstawanie przed świtem i oglądanie różowawej mgiełki z lotu ptaka. Za to widok z okna naszej kajuty mieliśmy o świcie nastrojowy:

Gdy balony znikły z firmamentu, pierwsze promienie słońca zaczęły przeglądać się w falach Nilu niczym w metaliczno-błękitnym zwierciadle…

W Kom Ombo wracając na statek ze świątyni widzieliśmy czaplę nadobną biorącą kąpiel świetlną w porannym słońcu…
  
Płynąc z Kom Ombo do Edfu liczyliśmy krowy wypijające Nil. Krowy niepijące, jak te dwie przyjaciółki na obrazku, widziało się niezwykle rzadko.

W Luksorze około południa żagiel feluki przepychającej się w tłoku motorówek jawił się niczym czarne skrzydło nietoperza. Chwila była przejmująca, trochę jakby zaraz miało zgasnąć słońce. Gdzieś w mojej głowie przemówił starożytny kapłan, strasząc końcem świata. Nie chciałam, żeby świat się skończył właśnie w owej chwili – jeszcze nie obejrzałam wtedy Kairu!

A w Kairze około południa, jak zresztą przez cały dzień, nad Nilem rządził smog. Roztapiał kształty, pochłaniał horyzont. Nie mogłam przez niego policzyć minaretów widocznych z Kairskiej Wieży. Próbowałam poczuć jego zapach, ale mój nieczuły nos nie chciał mnie niczego nowego nauczyć.
 
W porze lunchu na nabrzeżu Asuanu lśnił na tle pustynnych gór pewien meczet. Raczej nie jakiś szacowny zabytek, ale wyglądał ozdobnie i bardzo ecru, można powiedzieć - koronkowa robota. W sam raz na ślub.

Popołudniową porą w Luksorze nad nabrzeżem unosiła się mgiełka, w porównaniu z kairskim smogiem zwiewna, jakby różowa. Promienie niskiego już o tej porze roku słońca cięły ją jak noże, wydobywając głębię z rysunku kolumnady luksorskiej świątyni.

I znowu w Luksorze (który ciągle się pojawia w tekście, bowiem spędziliśmy w nim względnie sporo czasu), tym razem przed wieczorem, w obiektyw Nikona wpadł ptak. Kiedy go zidentyfikuję, dam znać. Wygląda na jakieś wyrośnięte pisklę, ale kto go tam wie?

W Asuanie zarumieniona w wieczornym słońcu pustynia, dotknięta warkoczem śladów jakiegoś wędrowca, podeszła nad sam Nil:

Po chwili woda przestała pochłaniać światło. Jej powierzchnia stężała jak zimny metal...

W Luksorze (bo do końca postu będziemy już w Luksorze) bogowie zesłali nad Nil jeden z najwspanialszych zachodów słońca, jakie dane nam było oglądać w całym naszym życiu. Zaczęło się od żółtej, oślepiającej plamy nad horyzontem:
 

Potem niebo zapłonęło ogniem, a łodzie pływały sobie dalej po gładkiej, różowej toni jak gdyby nigdy nic…

Gdy w palenisku nieba przygasło, nad plątaninę palm wyszły czerwone smugi i chłód wziął nas w ramiona…
 
A potem niebo już tylko stygło. Pojawił się dym…


I wreszcie zapadła noc. W Egipcie noc poznaje się po kolorowym oświetleniu meczetów.
     
مرحبا

PS1. Przemawiając mniej górnolotnie, pragnę polecić rejs po Nilu wszystkim: małym i dużym, kościstym i puszystym, nadętym i uśmiechniętym, żółtodziobom i weteranom… Super sprawa!

sobota, 21 lutego 2015

EGIPT. Nilometr na kilometr



Pewien typ budowli, o którym usłyszałam dopiero w Egipcie, i z którym dane mi było się tam osobiście poznać, zafascynował mnie tak, że muszę napisać post. Ta budowla to nilometr. Nilometrów, co oczywiste, nie ma nigdzie indziej na świecie… Zacznijmy jednak od samego Nilu.

Nil był dla starożytnych świętą rzeką. Wylewając, zamulał i dzięki temu użyźniał ziemię w dolinie, stwarzając warunki dogodne do uprawy zbóż, daktyli, oliwek, cebuli, granatów, fig, a nawet sałaty. Nawadniał pola i poił zwierzęta. Był główną arterią transportową. Dostarczał ryb. Z jego brzegów czerpano surowiec do wyrobu papirusów. Od niego zależało życie i nad nim się skupiało. Stanowił podstawę ekonomii.

Wiedząc to wszystko, nie znajdziemy nic dziwnego w fakcie, iż żyjące nad Nilem zwierzęta także stanowiły dla starożytnych Egipcjan świętość. Krokodyle i ibisy były czczone. Ich ciała po śmierci balsamowano z nadzieją na mumifikację oraz życie wieczne (Egipcjanie wierzyli bowiem, że życie trwa tak długo, jak długo istnieje ciało). Dlaczego właśnie te zwierzęta? Krokodyle i ibisy, jak zresztą wiele innych zwierząt, miały swoje ważne miejsce w religii starożytnych. Bóg Księżyca Thot ukazywał się czasem z głową ibisa, zaś bóg wód Sobek dumnie nosił pod swą dziwaczną koroną głowę krokodyla. Lecz to nie jedyny powód. Starożytni egipscy „statystycy” znaleźli bowiem korelację pomiędzy ilością krokodyli i ibisów nad Nilem a wysokością plonów. Gdy liczba tych zwierząt rosła, ziemia była dobrze nawodniona i żyzna. I były to całkiem słuszne obserwacje. Ibisy pojawiały się na wiosnę, w porze wylewów Nilu, by w płytkiej wodzie, która opuściła główne koryto rzeki, polować na ryby. Co do krokodyli, tu także na scenę wkracza ekologia. Dzięki obfitości wód była obfitość ryb, zaś dzięki obfitości ryb przybywało krokodyli.

Inną rzeczą, jakiej nie można się dziwić w związku ze wszystkim powyższym, jest budowa tzw. nilometrów. Były to specjalne budowle umożliwiające stałą kontrolę poziomu wody w Nilu, na czym z kolei opierało się przewidywanie prosperity lub klęsk żywiołowych, regulacja dystrybucji wody w lecie i ustalanie wysokości podatków oraz danin płaconych przez Egipcjan arabskiemu kalifowi. Rozpiętość skali pomiarowej lokowała się pomiędzy dwiema klęskami: suszy (np. gdy poziom wody w Nilu na wysokości Kairu spadał poniżej 6 m) oraz powodzi (gdy przewyższał 9 m). Zwykle nilometry stawiano w pobliżu świątyń, można więc powiedzieć, że tak jak sam Nil, pozostawały pod zarządem bogów, a ponadto dostarczały informacji tylko uprzywilejowanym, czyli kapłanom i władcom. Te najprymitywniejsze były po prostu nacięciami w brzegu rzeki, albo słupami umieszczonymi bezpośrednio w wodzie. Bardziej skomplikowane były schodami w zmierzającym do samej wody korytarzu z poziomymi nacięciami w ścianach. Te najbardziej wymyślne miały postać studni lub cysterny oddalonej od rzeki i połączonej z nią kanałem czy korytarzem. Swą rolę nilometry spełniały aż do współczesności, kiedy to na Nilu wzniesiono Tamy Asuańskie.

Nilometrów jest w Egipcie wiele. Ten najbardziej znany i jednocześnie najpiękniejszy, bo bogato zdobiony, można podziwiać w Kairze na wyspie Roda.

Nilometr w Kairze na wyspie Roda.

W Asuanie na wyspie Elefantynie znajdują się dwa nilometry, zupełnie różne. Nilometr związany z bogiem Khnumem, baraniogłowym władcą źródeł Nilu, ma kształt kwadratowego basenu. Nilometr przy świątyni bogini Satet, opiekunki wylewów Nilu, ma postać korytarza z 90 schodkami zbiegającymi ku rzece i z otworami, przez które napływa do niego woda. Schodki opisane są cyframi arabskimi, cyframi rzymskimi i egipskimi hieroglifami. Nilometr ten, jeden z najstarszych w Egipcie, pracował aż do XIX wieku.

Nilometr schodkowy w Asuanie.
Z kolei przy świątyni w Kom Ombo znajduje się „klasyczny” nilometr w kształcie studni. Na jego ścianach zapisane są dawne wylewy Nilu.

Nilometr przy świątyni w Kom Ombo.
W roku 2010 archeolodzy prowadzący wykopaliska w słynnej Alei Sfinksów, łączącej świątynię w Luksorze z kompleksem świątynnym w Karnaku, odkryli pozostałości wielce szacownego nilometru pochodzącego z czasów Nowego Państwa, czyli z okresu 1500-1000 r.p.n.e. Chociaż tak stary, nilometr ów miał postać studni ze spiralnymi schodkami na jej wewnątrznej ścianie.

Odkopany przez archeologów w 2010 nilometr w Alei Sfinksów w Luksorze.
Nam udało się przelotnie i z daleka rzucić okiem na nilometry w Assuanie i Kom Ombo, zaś dokładnie obejrzeliśmy jedynie nilometr kairski. Istnieją wskazania, iż w Kairze nilometr funkcjonował już w czasach faraonów, jednak pierwsza taka budowla na wyspie Roda stanęła w 715 roku. 135 lat później zniosła ją z powierzchni ziemi powódź. Kolejną wybudowano po arabskiej konkwiście w 861 roku, a zrobił to kalif Al-Mutawakkil. Potem nastąpiła długa seria naprzemienych zniszczeń i renowacji, trudno więc precyzyjnie określić wiek nilometru. Dość powiedzieć, że obecny nilometr kairski ma ponad tysiącletnie korzenie, bardzo starą część kamienną oraz stożkowatą kopułę z drewna wykonaną w XIX wieku jako replikę dawniejszej, tureckiej (która pochodziła z XVII w., a którą w 1825 byli wysadzili Francuzi). Wzoru kopuły dostarczył XVIII-wieczny rysunek nilometru autorstwa jakiegoś duńskiego podróżnika.

Wnętrze kairskiego nilometru z kamiennym słupem z VII w.
Choć trudno zrozumieć, jak słup z podziałką wskazującą poziom wody może „nie działać”, trzeba przyjąć do wiadomości, iż kairski nilometr jest już tylko pamiątką historyczną. Jego konstrukcja była bowiem bardziej wyrafinowana: woda docierała do umieszczonego w kamiennej studni słupa pomiarowego trzema tunelami. Tunele są dzisiaj zamurowane, więc po stromych schodkach wewnątrz studni można TEORETYCZNIE bezpiecznie chodzić. Teoretycznie, bowiem brak jakiejkolwiek barierki czy poręczy nie czyni tego sportu bezpiecznym. A szkoda, bo niejeden turysta chciałby się sfotografować we wnętrzu studni ze słupem pomiarowym w objęciach! W internecie wyczytałam, że zaproponowanie panu pilnującemu studni bakszyszu jest gwarantowanym sposobem na zejście po schodkach, jednak w przypadku naszej grupy propozycja ta została odrzucona z całą stanowczością. I nawet domyślam się, dlaczego. W dzisiejszych trudnych czasach grupy zorganizowane zwiedzające niektóre miejsca w Egipcie dostają z przydziału policjanta, który ma pilnować bezpieczeństwa turystów. Policjant chodzi za turystami krok w krok i zagania ich do stadka niczym pies pasterski rozpraszające się bezmyślnie owieczki. Tak też było w naszym przypadku. W obecności przedstawiciela władzy pan pilnujący studni nie miał odwagi oddać nam nielegalnej usługi, nieważne, czy za pieniądze, czy za darmo.
Nota bene, same schodki także uczestniczyły w pomiarze poziomu Nilu. Jest ich 45, a każdy ma 24 cm wysokości – łatwo więc o dane dokładniejsze niż te ze słupa. Marmurowy słup pomiarowy ma długość 19 łokci, czyli około 9,5 m. Przy 12 łokciach wody prognoza brzmiała źle: głód. Przy 13 było już troszkę lepiej: cierpienie. 14 łokci oznaczało szczęśliwość, 15 – bezpieczeństwo, a 16 – dostatek (dolina Nilu była wówczas  nawodniona w całości). Przy 18 łokciach rozpoczynała się katastrofa. Tak więc odczyt 13 łokci i jeden schodek oznaczał stan pośredni pomiędzy cierpieniem a szczęśliwością…

Pałacowe zdobienia wnętrza kopuły kairskiego nilometru.

Co do zdobień drewnianej kopuły kairskiego nilometru, na uwagę zasługują wersety Koranu zapisane tzw. pismem kuficznym. Nazwą tą określa się kanciaste i jednocześnie umajone ornamentami roślinnymi pismo używane w celach dekoracyjnych. Nie chodzi tu jednak o sam kształt liter, ani o treść wersetów (np. „Wysyłamy na ziemię deszcz jako błogosławieństwo niebios, dzięki czemu ogrody rozkwitną i ziarno będzie zebrane, 50:9”), tylko o fakt, iż stanowią one najstarszy znany przykład inskrypcji grupowych w Egipcie.

Tureckie kafelki w kairskim nilometrze.

Wnętrze kopuły wyłożone wzorzystymi kafelkami tureckimi, kojarzącymi się z pałacem Topkapi w Stambule, to czysta wspaniałość.

I na koniec ciekawostka. W wiekach średnich, gdy poziom wody w Nilu osiągał 16 łokci, rozpoczynały się obchody Festiwalu Otwarcia Kanału, Fath al-Khalij. Kanał Khalij, który znajdował się po drugiej stronie wyspy Roda w stosunku do głownego nurtu Nilu, był wówczas zamknięty zaporą usypaną z ziemi. Po jego otwarciu nadmiar wody, typowy dla pory letniej, wypełniał kanał i Kair mógł spać spokojnie. Festiwal należał do tych najbardziej widowiskowych – m.in. za sprawą kolorowo udekorowanych łodzi pływających po Nilu. Niestety, nie co roku Kair mógł świętować. W latach chudych zamiast festiwalu odbywały się zbiorowe modły o wodę, którym towarzyszył post (nie ten, który właśnie piszę, tylko taki polegający na niejedzeniu).

Moje przesłanie w tym artykuliku brzmi następująco: nilometr w Kairze naprawdę warto obejrzeć! Jego serce, czyli słup z podziałką, to najstarszy zabytek muzułmański miasta. Jest to jedyny tak szczodrze zdobiony nilometr w kraju, a zdobienia są piękne. Jako jedyny spośród nilometrów ma część nadziemną w kształcie zaostrzonej końcówki ołówka. I jest widoczny prawie na kilometr – szczególnie dobrze ze wschodniego brzegu Nilu.

   
مرحبا

PS. Źródła informacji: Przewodnik Gazety Wyborczej “Podróże marzeń – Egipt” (wyd. Mediaprofit, 2005); “Praktyczny przewodnik – Egipt” (wyd. Pascal, 2003); “The Nilometer on Rawda (Roda) Island in Cairo” (http://www.touregypt.net/featurestories/nilometerroda.htm);
”Ancient nilometer unearthed” (http://www.decodingtheheavens.com/);


piątek, 6 lutego 2015

W Egipcie bezpiecznie



Tydzień temu wróciłam z Egiptu, gdzie bawiłam na wycieczce objazdowo-pobytowej z biurem Rainbow Tours. Wrażeń i atrakcji było tyle, że na wołowej skórze by nie spisał. Teraz chcę się jednak skoncentrować na sprawie bezpieczeństwa turystów. Wyjazdy, przynajmniej w pewne rejony tego zwariowanego kraju, są oficjalnie odradzane. Mówi się, że bezpiecznie jest tylko w grupie zorganizowanej, jeśli nie w grupie, to tylko w nadmorskich kurortach. Jak jest naprawdę?

Naprawdę w kraju od lipca 2013 rządzi junta. A kiedy rządzi junta, wszędzie widać wojsko. Policji też nie brakuje. Nigdy w życiu nie napatrzyłam się tak na pistolety i karabiny maszynowe. Wzdłuż dróg jezdnych i na rogach ulic w miastach stoją małe, kamienne bunkry z okienkami zamurowanymi cegłą do 2/3 albo 3/4 wysokości, żeby nie zaglądać do środka. W bunkrach siedzą uzbrojeni ludzie. Przed bunkrami również, na lichych krzesełkach, z „kałachami” w stanie gotowości - niekoniecznie umundurowani, niektórzy po prostu w galabijach i turbanach, jak gdyby właśnie wracali z targu. To pewnie cywilne wsparcie dla wojska i policji. Ich twarze mówią, że to nie żarty. Są czujni i gniewni. Nie wolno ich fotografować. A chciałoby się - to przecież nie szopka dla turystów, tylko kawał prawdziwego życia…
         Takie obrazki widuje się wszędzie, w Kairze, Asuanie i Hurghadzie, w Dolinie Nilu i na wybrzeżu Morza Czerwonego, przy kościołach chrześcijańskich i przy drogach jezdnych.

Bunkier na rogu koptyjskiego kościoła w Hurghadzie (w środku jest przedstawiciel tamtejszej bezpieki)

Ale bywa jeszcze bardziej zbrojnie. Na ulicach Kairu spotyka się czołgi. Plac Tahrir otoczony jest przez transportery opancerzone, na których siedzą żołnierze z lufami wycelowanymi przed siebie. Dochodzące do placu uliczki zagrodzone są zasiekami z drutu kolczastego, żeliwnymi barierkami, barykadami z beczek i blokadami z rozłożonych na ziemi kolców – a przynajmniej tak to wyglądało tuż przed 25 stycznia 2015, czwartą rocznicą wybuchu rewolucji w Egipcie. Transportery porozstawiano też grupkami w Hurghadzie. Podczas przejazdu z Kairu do Hurghady dostrzegamy nieco w głębi Pustyni Wschodniej coś, co wygląda jak zgrupowanie wojska uzbrojonego w czołgi i inne pancerne wozy. Potem znowu, i znowu, i jeszcze raz. Nie jesteśmy pewni, że to właśnie to, bo patrzymy przez niedomyte szyby autokaru i z bardzo dużej odległości, ale jest wielce prawdopodobne, że dobrze nam się wydaje: pustynia jest uzbrojona i czuwa. Hipotezę tę dodatkowo wspiera fakt, iż w Egipcie panuje całkowity zakaz przebywania na pustyni pomiędzy godziną 18:00 a 6:00 rano, zaś w ciągu dnia nie mają na nią wstępu żadne osoby prywatne, wyłącznie turystyczne grupy zorganizowane w towarzystwie lokalnych kierowców i przewodników.
 

Siły zbrojne w centrum Daharu, najstarszej dzielnicy Hurghady

Posterunków kontroli drogowej w całym kraju jest chyba tyle, ile zdarza się kradzieży w hotelach trzygwiazdkowych - czyli, mówiąc najprościej, dużo. Kontroli podlega każdy pojazd i nie zawsze łatwo o machnięcie ręką oznaczające „okej, jedź dalej”. W autokarze musieliśmy kilka razy zaciągać zasłonki, żeby nie było widać ilu turystów nim jedzie. Nie wiem dokładnie, o co chodziło. Pilot wspominał coś o przydzieleniu policyjnego konwojenta (obowiązującym od pewnej liczby osób?), lecz podejrzewam, że rzecz polegała na uniknięciu jakiejś tajemniczej opłaty drogowej, związanej zapewne z kosztami utrzymania owych posterunków (służących, bądź co bądź, bezpieczeństwu turystów).

Z obowiązkiem podróżowania w konwoju i w towarzystwie policjanta zasiadającego w naszym autokarze zetknęliśmy się jadąc na wycieczkę do Abu Simbel. Konwój wyrusza codziennie o 4:30 z Asuanu. Kto spóźni się na miejsce zbiórki – nie pojedzie. A turyści niezorganizowani muszą się zorganizować, to znaczy załatwić wycieczkę do Abu Simbel z lokalnego biura lub hotelu.

Konwój prowadzi jedno auto policyjne, a oprócz tego do każdego autokaru wsiada policjant. Jazda przez nagą pustynię trwa trzy godziny i konwój nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Żadnej kawki, żadnego siusiu ani kupki, żadnej fotki. Organizator wycieczki musi przypomnieć turystom o „wyczerpującym” potraktowaniu wizyty w toalecie przed odjazdem (oczywiście w hotelu, bo w miejscu zbiórki już się nie wysiada). Ale życie jest pełne niespodzianek. Tym razem niespodziankę zgotowuje nasz autokar: nagle otwiera się lewy bagażnik, a ponieważ ani kierowca, ani policjant-konwojent niczego nie zauważyli, jechaliśmy z falującą klapą. Przywodzi mi to na myśl pomylonego ptaka usiłującego bezskutecznie poderwać się do lotu za pomocą jednego skrzydła. Dopiero gdy cała nasza grupa zaczyn krzyczeć, kierowca orientuje się w sytuacji i zatrzymuje wóz. Wraz z policjantem usiłują zamknąć oporną, wciąż odskakującą klapę. Ostatecznie jakoś im się udaje i jedziemy dalej. Ale gdy w drodze powrotnej przewodnik zapowiada fatamorganę (nie, to nie żadna przenośnia, chodzi o to zjawisko na pustyni), sytuacja przybiera inny obrót. Wszyscy sprężają się, by naszykować aparaty i niecierpliwie czekają na foto-stop. Okazuje się jednak, że nawet dla fatamorgany nie możemy się zatrzymać, wszystko co kierowca może dla nas zrobić to zwolnić. Grupa wydaje z siebie jęk bólu i złości, lecz cóż robić – trzeba fotografować przez szybę. Na szczęście fatamorgana jest z nami przez dobre pół godziny jazdy. Nie wiem jak wyszły zdjęcia innym, ale nam się udaje dzięki cierpliwości i profesjonalizmowi mego małżonka. No i troszkę dzięki nowemu Nikonkowi.

Fatamorgana na Saharze w drodze do Abu Simbel

A wracając do samej formy podróżowania w konwoju, zasypaliśmy naszego pilota pytaniami. Powiedział, że konwoje do Abu Simbel jeździły już na długo przed rewolucją w Egipcie i nie mają nic wspólnego z obecnymi niepokojami polityczno-społecznymi. Oficjalne wyjaśnienie tego zjawiska to… brak infrastruktury po drodze. Gdyby cokolwiek się stało, nie ma tam służby zdrowia, straży pożarnej ani policji. Jednak obawiam się, że ani prowadzący konwój wóz policyjny, ani policjant siedzący w każdym autokarze niewiele by zmienili, gdyby np. autokar wykopyrtnął się do rowu, a cztery starsze panie dostały przy tym zawału. Podejrzewam, że brak infrastruktury to tylko wykręt. Może tu chodzić o sprawy militarne – np. przydrożne miny (podkreślam jednak, że to tylko moje luźne fantazje).
           Z konwojem stykamy się także zwiedzając Kair. Trzeciego dnia pobytu w tym niesamowitym, oblepionym smogiem mieście biuro proponuje wycieczkę fakultatywną do Aleksandrii – drogą i dosyć nudną. Postanawiamy więc wynająć w hotelu dwa busiki i objechać Kair własną trasą. W ten sposób stajemy się grupą zorganizowaną, której trzeba przydzielić policjanta bez munduru. Policjant ma na sobie długą, granatową marynarę, pod którą ukrywa dwa pistolety i karabin maszynowy. Chodzi za nami krok w krok i nie pozwala się rozdzielać. Kiedy część grupy wjeżdża na Wieżę Kairską by popatrzeć z góry na miasto, pozostali nie mogą przejść się po pobliskiej dzielnicy ambasad, muszą zasiąść w kawiarence pod wieżą i czekać. „Grupa nie może się rozchodzić” – oznajmia surowo policjant i tego się musimy trzymać do samego końca. Gdy tylko kolumna marszowa się deformuje, policjant dokłada wszelkich starań, by zebrać nas do kupki, dokładnie tak samo jak pies pasterski zagania niesforne stadko owiec.
          Po kairskiej rundce na własną rękę, za którą trzymał nas policjant, do hotelu wracamy przez zakorkowane miasto z fasonem – to znaczy w eskorcie zewnętrznej. Prowadzi nas wyjąca „dyskoteka”, przed którą rozstępują się nawet najgęstsze korki. I wszyscy są zadowoleni: my – bo mamy ubaw, policjanci – bo mogą okazać swoją wyższość nad szarym tłumem zmotoryzowanych, a szary tłum zmotoryzowanych – bo udaje mu się  rozwiązać na każdej ulicy łamigłówkę, jak stworzyć coś z niczego, czyli jak wykroić w chaosie dodatkowy pas ruchu dla szacownej, mrugającej światełkami karawany.

Armia w stanie gotowości na placu Tahrir w Kairze - widok zza bramy Muzeum Narodowego

Jeszcze jednym przejawem opieki prezydenta Sisiego nad turystami, o którym mogę wspomnieć, jest pilnowanie przez policję statków, którymi pływają po Nilu wycieczki. W naszym przypadku policjant siedzi na krzesełku na nabrzeżu, zawsze w pobliżu i zawsze w gotowości bojowej. Gdy grupa schodzi z jednostki pływającej typu statek lub motorówka, np. w Kom Ombo i Edfu, srogi policjant stoi wyprężony i nieruchomy (jakby go wzięli żywcem z „Rezydencji surykatek”) tuż za kładką wiodącą na ląd i pilnuje, żeby wszyscy turyści udali się w zaplanowanym przez organizatora wycieczki kierunku, to jest do świątyni, portu bądź dorożek. Pilnuje także powrotu grupy, poruszając ustami niczym ryba – zapewne liczy ile osób wraca na statek…

Czy to wszystko psuło nam urlop? Nie. Po prostu nie. Takie są obecnie egipskie realia – a w podróżowaniu właśnie realia interesują nas najbardziej. Czuliśmy się dobrze, w miarę komfortowo, bezpiecznie. Czy czulibyśmy się tak samo bez wszechobecności policji? Nie wiem na pewno, ale przypuszczam, że tak. Pod warunkiem, że tak jak to właśnie było, nie wiedzielibyśmy o tym, co się naprawdę dzieje. Telewizja w hotelu niczego nie nadawała, Egipcjanie nabrali wody w usta.

Prowizoryczne blokady ulic w Hurghadzie

A co się wydarzyło w Egipcie podczas naszego pobytu? Oj… działo się! Bractwo Muzułmańskie wzywało naród do wyjścia na ulicę – co ciekawe, m.in. poprzez nagranie na You Tube, wprost nazywające nie przyłączenie się do protestów lenistwem i zmarnowaniem szansy, które Allach na pewno weźmie pod uwagę, gdy przyjdzie czas. W stolicy, a także w kilku innych miastach (m.in. Aleksandrii) zorganizowano antyrządowe demonstracje. Zakładano blokady drogowe, tu i ówdzie zawisał obłok gazu łzawiącego, tu i tam świstały granaty, niósł się huk wystrzelanych pocisków małego kalibru, a ostatecznie wraz z drzazgami, okruchami i śmieciami padali na ulicę ranni i zabici.
           W piątek, 23 stycznia, podczas gdy zwiedzaliśmy z naszą wycieczką Sakkarę, Memfis i Gizę, w Aleksandrii policja (a w każdym razie ją się oto oskarża) zastrzeliła islamistkę. W sobotę 24 stycznia, podczas gdy robiliśmy prywatny objazd dwoma busami po Kairze, niedaleko placu Tahrir zastrzelono poetkę i polityczną aktywistkę, idącą w kobiecym Marszu Pamięci, poświęconym ofiarom z 2011 roku. Zginęła od strzałów z bliska w twarz i plecy, jej krew przelała się przez jej usta, krzyczące wraz z setkami innych ust „Chleb! Wolność! Sprawiedliwość społeczna!” Lecz kto ją zabił – nie wiadomo. Świadkowie przypisują ten mord służbom bezpieczeństwa, mają nawet nagranie wideo, na którym dwaj zamaskowani oficerowie policji trzymają broń wycelowaną w kobietę. Rząd natomiast twierdzi, że na razie śledztwo jest w toku, zaś sprawca, kimkolwiek się okaże, będzie sprawiedliwie osądzony, albowiem nikt nie może być ponad prawem. I pomyśleć, że tego dnia kręciliśmy się po centrum miasta! Jednak niczego (poza obfitością uzbrojonych policjantów) nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy żadnych strzałów. Być może wszystko miało miejsce już po naszym powrocie do hotelu… Pogrzeb pochodzącej z Aleksandrii aktywistki odbył się następnego dnia i stał się czymś w rodzaju 1000-osobowej karawany solidarności, płonącej gniewnymi okrzykami „Precz z rządami armii!”
           W niedzielę 25 stycznia, gdy wyjechaliśmy już z Kairu do Hurghady, w kairskim klubie sportowym wybuchła bomba, raniąc dwóch policjantów. Uzbrojeni bojownicy otworzyli ogień z samochodu pod piramidami – dwaj kolejni policjanci zginęli. Na ulicach Kairu, głównie w dzielnicy El Matariya, w zamieszkach padło trupem kilkanaście osób. Protenstanci skandowali hasło „Rewolucja ponad wszystkim”, co rozjuszyło władze. Cztery następne osoby zginęły w Aleksadrii i Delcie Nilu. Agencje informacyjne określiły ten dzień jako najkrwawszy od czasu objęcia prezydentury przez Sisiego. Lecz prawdziwy rekord padł kilka dni później. 29 stycznia, tj. w ostatnim dniu naszego pobytu w Hurghadzie, w miejscowości Arish na Synaju dżihadyści przy użyciu moździerzy i samochodów z ładunkami wybuchowymi zabili co najmniej 32 osoby, głównie pracowników baz policyjnych i wojskowych, ale także przypadkowych cywili.   

Spirala rozkręcała się dalej już po naszym powrocie. W centrum Kairu, na dużej ulicy handlowej, doszło do zamachu bombowego: eksplozja miała miejsce w dość oryginalnym miejscu, bo wewnątrz ulicznego transformatora. 2 lutego na Synaju zginęły kolejne 3 kobiety. 3 lutego na dwóch różnych terminalach kairskiego lotniska wykryto po jednej bombie. Od dnia naszego wyjazdu (15 stycznia) do 6 lutego na Synaju śmierć poniosło w sumie 93 osoby, w tym 45 bojowników i co najmniej kilkunastu cywili, a także żołnierze. 



Dobrze, że już z Egiptu wróciliśmy. Uff! Teraz trzeba się pośpieszyć ze zwiedzaniem Jordanii…
مرحبا

PS1. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, gdzie zbierałam informacje o tym, co działo się ostatnio w Egipcie, to podaję źródła: w pierwszym rzędzie CNN, BBC i Reuters, poza tym PAP, angielska Wikipedia i english.alarabiya.net.

PS2. Podsumowując: w Egipcie turyści nie mają się czego bać. A w każdym razie… nie mają do strachu więcej powodów niż zwykli ludzie.