Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabytki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabytki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2015

Kair – zwiedzanie z biurem


Biuro (duży i dobry touroperator) ma swoje utarte ścieżki, nie powiem, że nudne, lecz z drugiej strony wcale nie najciekawsze, gdy odniesiemy się do tego, co można w Kairze zobaczyć. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od dumy Egipcjan, słynnego Muzeum Kairskiego, posadowionego w centrum przy znanym dzięki rewolucji i mediom placu Tahrir. Plac był obstawiony transporterami opancerzonymi, z których wystawali czuwający nad bezpieczeństwem publicznym żołnierze z karabinami gotowymi do użytku. Autokar nie mógł tam zaparkować, podwiózł nas tylko w pobliże muzeum i odjechał.

Czuwające na Palcu Tahrir wojsko widziane zza bramy Muzeum Kairskiego

Przed wejściem do gmachu muzeum musieliśmy oddać aparaty fotograficzne, gdyż pod żadnym pozorem w środku nie wolno niczego kręcić, ani fotografować. Na każdy aparat wydano kwitek i wrzucono je wszystkie do czarnego worka opatrzonego karteczką z numerem naszej grupy. „Żegnaj, Nikonku” – szepnęłam przez ściśnięte gardło. Cóż, trochę się bałam, że już go nie odzyskam.


Wejście do Muzeum Kairskiego

Potem rozdano nam audio-guide’y i rozpoczął się bieg przez muzealne korytarze za groźnym Łaelem, naszym przewodnikiem wynajętym na ten dzień przez biuro. Łael opowiadał bardzo ciekawe rzeczy o średnio ciekawych eksponatach zgromadzonych na parterze, a my trochę słuchaliśmy, a trochę się denerwowaliśmy, że nie wystarczy nam czasu na pierwsze piętro, gdzie są – jak wiadomo – najważniejsze atrakcje: mumie faraonów i skarby Tutanchamona. Nasze obawy były całkiem słuszne. Łael pokazał nam wspaniałą kolekcję sarkofagów i oznajmił, że teraz mamy 45 minut na samodzielne zwiedzanie. Nie wiem jak reszta grupy, ale my spociliśmy się jak myszy od biegania i nerwów towarzyszących poszukiwaniu odpowiednich sal. Na szczęście udało się nam obejrzeć wszystko to, co chcieliśmy: mumie faraonów i mumie zwierząt, mnóstwo kolorowej biżuterii i słynną maskę pośmiertną Tutanchamona. Tu muszę rzec, że zrobiliśmy małą skuchę: nie przyjrzeliśmy się masce pod kątem wydarzenia, które w postaci skandalu obiegło cały świat. Otóż na jesieni 2014 konserwatorzy podczas czyszczenia maski odłamali jej brodę. A żeby się to nie wydało, przykleili ją klejem epoksydowym i zrobili to po protu ohydnie, brudno, grubaśnie – niczym przedszkolaki. Niestety, ten news nam umknął i nie wiedzieliśmy, że trzeba patrzeć w miejsce gdzie broda łączy się z resztą. Szkoda… 

Mumie faraonów miejscami wyglądały jak lalki z tworzywa (nie chciało się wierzyć, że to autentyczne ludzkie szczątki), miejscami zaś przerażały – gdy np. wystawały obrane z ciała kości stóp i dłoni, albo widoczne były zęby lub rzęsy. Przez salę z mumiami zwierząt przepłynęliśmy jak duchy, nie zdążając niczego przeczytać – a szkoda, bo w przeciwieństwie do internetowych wydumek muzealne opisy eksponatów są rzetelnym źródłem wiedzy. Gdybyśmy mieli aparat, zrobilibyśmy fotokopie opisów do poczytania na później, ale aparaty nam zabrano, więc po prostu – guzik z pętelką.     

Potem zwiedzaliśmy Kair koptyjski. Tę chrześcijańską część miasta otacza mur, a pod murem – jak ten długi i szeroki – w czasie naszej wycieczki (czyli tuż przed rocznicą wydarzeń na placu Tahrir) rezydowały uzbrojone po zęby patrole mundurowych. Kazano nam iść wartko i w zwartym szyku, nie ociągać się, nie przystawać na loda, kawkę, piwko, czy zdjęcie. A lody i napoje kusiły, bo panował upał, jak to w Egipcie. Z drugiej strony ulicy przyjazny, arabski sprzedawca w zakurzonych klapkach wołał do nas po polsku: „Zimne piwo, zimne piwo!” – i machał kawałkiem papieru ze znajomym, swojskim napisem. Trzeba przyznać, że tamtejsi handlarze błyskawicznie orientują się, z jaką nacją mają do czynienia i wszczynają starania o klientów w odpowiedni sposób.


Najcenniejsze zabytki Kairu koptyjskiego to starożytne kościoły, zaś najbardziej znanym z nich jest Wiszący (albo Zawieszony) Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Część jego murów pochodzi z IV w. – to jeden z najstarszych kościołów chrześcijańskich w Egipcie. Nazwa „Zawieszony” bierze się stąd, że jego nawy położone są wysoko (nad ziemią), a dokładnie zawieszone nad wąskim pasażem należącym do dawnej rzymskiej twierdzy. Do wspartych na belkach naw prowadzą wiszące schody w liczbie 29.


Pasaż, nad którym zawieszony jest koptyjski kościół Marii Panny. Widać rzymska bramę. 

W mojej ocenie kościół ów cudem architektury nie jest i właściwie dla Europejczyka nie wygląda egzotycznie, lecz kto chce liznąć historii Egiptu, powinien go zobaczyć i utrwalić sobie w głowie, iż religia chrześcijańska zawitała w Egipcie wcześniej niż islam.


Zawieszony Kościół. Zagadka: gdzie jest mój mąż?

Skądinąd wcale nie trzeba się zmuszać do zwiedzania, bowiem wnętrze jest nieszpetne: sporo ciemnego drewna, mnóstwo malowanych i rzeźbionych w tymże drewnie geometrycznych ornamentów, złote ikony, purpurowe kotary i rzędy kamiennych kolumn. Ciekawa mieszanka, trochę w klimatach cerkiewnych, a trochę w arabskich.  


Przez niebywale wąskie, zacienione uliczki (wykorzystane – jak każda przestrzeń w tym kraju – do handlowania czym się da) przedzieraliśmy się do kolejnego skarbu tego rejonu miasta. Szkoda, że zupełnie nie było czasu na studiowanie detali starej architektury. Zrobiłam tylko jedno zdjęcie i już byłam sporo w tyle za grupą - a musiałam się jej trzymać, żeby nie zginąć w labiryncie pasaży...



Kościół pw św. Sergiusza,  świątynię nieco młodszą niż Zawieszony Kościół, wzniesiono w miejscu, w którym jakoby wypoczywała po długiej podróży Święta Rodzina. Co do wystroju wnętrza, to nie mam nic do powiedzenia: w kościele trwały w najlepsze szeroko zakrojone prace remontowo-renowacyjne i wszystko było zasłonięte rusztowaniami oraz płachtami. Rzuciliśmy tylko okiem na nieciekawą, zalaną wodą piwniczkę (to tam odpoczywała święta Rodzina), zerknęliśmy na kolorową tablicę dla turystów, informującą o trasie podróży Świętej Rodziny do Egiptu, po czym pogoniono nas dalej.



Trzecim punktem była słynna Synagoga Ben Ezry, najstarsza synagoga w Kairze, z zewnątrz raczej nieciekawa, w środku całkiem ładna, z marmurowymi i złotymi elementami, pokryta ornamentami roślinnymi i geometrycznymi w stylu otomańskim. Pierwotnie był to kościół chrześcijański, lecz w XI w. Koptowie sprzedali go Żydom, by mieć za co uregulować podatki. Jest też plotka, że w tej właśnie świątyni schroniła się Święta Rodzina uciekając przed Herodem. Pilnujący synagogi personel chętnie przyjmuje ofiary na renowację, lecz nie daje nikomu zrobić ani jednej fotki. Podczas przemowy przewodnika turystów usadzonych w rzędzie pod ścianą pilnuje sroga pani, która wyczuwa najmniejsze drgnięcie każdej trzymajacej aparat ręki i pędzi ku niej z kopyta, by głośno skarcić jej niesubordynowanego właściciela. Dlatego najlepszy kadr z wnętrza jaki udało mi się ustrzelić (techniką shot-gun, z aparatu ułożego na kolanach i bez patrzenia w okienko) wygląda tak…


I to było na tyle, jeśli chodzi o Stary Kair Koptów. Na komendę i pod linijkę odmaszerowaliśmy do autokaru, żałując, że nie możemy skoczyć na pobliską stację metra, by sprawdzić, czy rzeczywiście kobiety jeżdżą nim w osobnym wagonach. Po drodze nie omieszkaliśmy zauważyć zrujnowanego bloku. Czy to jakaś wpadka budowlana, czy ślad rewolucji? Nie było czasu zapytać przewodnika, a potem o tym zapomnieliśmy.



W ostatnim etapie zwiedzania Kairu z biurem dopadliśmy Cytadelę Saladyna – i to było naprawdę coś! Autokar przebił się przez zakurzone, zakorkowane, hałaśliwe miasto, wjechał na wzgórze Mukattam i wypluł naszą grupę na parkingu pod samą cytadelą, tak więc nie mieliśmy sposobności przejść się żadnymi anonimowymi uliczkami i pogapić się na zwyczajne życie. Lecz naszą uwagę od razu przykuły mury i wieże twierdzy oraz wspaniały meczet Muhammada Alego.



Cytadela, zapoczątkowana w XII w., była rezydencją, a zarazem siedzibą rządową władców Egiptu. Na jej terenie znajduje się kilka meczetów i pałaców, a także muzeów. Myślę, że wiele z nich warto  obejrzeć, ale my poszliśmy tylko do głównego meczetu. Po zdeptanych brukach cytadeli włóczyły się liczne grupki arabskiej młodzieży, chyba wycieczki szkolne. I ku naszemu zdumieniu okazało się, że jasnoskóry i jasnowłosy (a w dodatku brodaty) chłop jak dąb, czyli wypisz-wymaluj mój małżonek, stanowi dla owej młodzieży wielką sensację. Tak wielką, że co chwila ktoś chciał strzelić sobie z moim mężusiem fotkę. Mieliśmy zatem zajęcie: mąż pozował, a ja pstrykałam. I tak co kilka kroków. Można powiedzieć, że na terenie cytadeli wybuchła swego rodzaju epidemia. Za każdym razem dostawałam do ręki kilka aparatów i komórek, aż wreszcie miałam tego dosyć. Naszła mnie przy okazji refleksja, że takie pozowanie do zdjęć i bycie obiektem tego rodzaju zainteresowania innych ludzi jest nieprzyjemne. Tymczasem podróżując do egzotycznych krajów my sami nie robimy niczego innego! Polujemy na lokalesów jak na małpy i pstrykamy fotki kiedy pracują lub wypoczywają, idą lub siedzą, piją lub jedzą, są smutni lub zmęczeni. Może więc warto się nad tym zastanowić?


Meczet Muhammada Alego nosi miano „najbardziej tureckiego meczetu Kairu”. Nie jest bardzo stary (powstał w XIX wieku), ale stał się najważniejszą świątynią Egiptu: bastionem islamu. Nazywa się go czasem Meczetem Alabastrowym. Trzeba przyznać, że zrobiono go z rozmachem. Dzięki imponującej kubaturze, marmurom ściennym, ogromnym żyrandolom i rzędom witrażowych okienek meczet ten zyskał w moich oczach godność świątyni. Małe meczety – tu proszę o wybaczenie wszystkich dobrych wyznawców islamu – są w jakiś sposób „nieświęte”. Cztery ściany, dywan i tyle.

Dziedziniec meczetu Muhammada Alego

Miło było zdjąć zmęczone, trekkingowe buty i usiąść w chłodzie i cieniu na dywanie, by posłuchać opowieści naszego przewodnika Łaela o islamie. Wprawdzie Łael mówił rzeczy podstawowe, o których już słyszałam (np. zwiedzając Maroko i Turcję) albo sama czytałam, ale chciałam, by jego wykład trwał jak najdłużej, żeby móc jak najdłużej posiedzieć i… powdychać serowatą woń przepoconych dywanów. Ach, woń-nie-woń, wszystko mi było jedno, byle tylko znowu gdzieś nie gonić! Cóż, na wycieczkach z biurami wszystko robi się na komendę i z zegarkiem w ręce.



Niestety, naszą małą nirwanę zakłóciły kolejne prośby arabskiej młodzieży o fotki z moim mężem, ewentualnie z pewną blondynką z naszej grupy mającą bardzo jasną karnację, a najlepiej z obojgiem. W końcu ktoś odciągnął dzieciaki od nas i je zbeształ. Nie mam pojęcia, czy był to ich nauczyciel, ojciec czy stryj, a może meczetowy woźny, lecz dobrze się stało, bo już mi zaczynał skakać gul. Potrzebowałam chwili skupienia, by przeniknąć wzrokiem półmrok wyciszonego dywanami wnętrza i przyjrzeć się jego wystrojowi, przywołującemu wspomnienia z wizyty w Błękitnym Meczecie w Stambule. I żeby zapamiętać coś więcej niż w kółko te same figle młodych małpek z komórkami w trybie „foto” - wprawdzie sympatycznych, ale jakże męczących.



Po wyjściu z meczetu przyszła pora na kontemplowanie słynnego widoku na miasto z cytadeli. A widok ten jest po prostu niesamowity. Zabudowa jest zadziwiająco gęsta, a budynki w większości niewykończone, co stwarza wrażenie gigantycznego placu budowy, zbiorowiska baraków, albo… slumsu.



W zabudowie wyróżniają się wieże i kopuły licznych meczetów – nie na darmo Kair nazywa się Miastem Tysiąca Minaretów. Numerem jeden są przepiękne meczety Hassana i Al-Rifai, znajdujące się bardzo blisko cytadeli. Dlaczego zwiedzania przynajmniej jednego z nich nie ma w programie wycieczki?


Mój mężulek nie patrzył jednak na meczety, ani nie liczył anten satelitarnych pokrywających domy-baraki, tylko szalał z obiektywem przy barierce, gdyż udało mu się wypatrzyć na horyzoncie zarysy piramid. Istotnie, warto było przebić się wzrokiem przez smog, bowiem dopiero z perspektywy miasta naprawdę widać, jak ogromne są te budowle.


Smog zaciemnia sprawę, ale na horyzoncie widoczne są piramidy!

Mnie interesowały bardziej detale, robiłam więc zbliżenia na zabudowania mieszkalne inkrustowane maleńkimi meczetami i utrwalałam odpadające tynki, zawalone gruzem dachy, sznury z suszącym się praniem. Robiąc takie zdjęcia czuję się, jakbym wykradała (a potem wywoziła do Polski) cząstkę tego świata – może dlatego sprawia mi to taką przyjemność?



A kiedy już nasyciliśmy się widokami z tarasu, zaczęliśmy przyglądać się ludziom oblegającym Alabastrowy Meczet. Nie dziwiły nas ich twarze, sylwetki, ani to, co robili – ot, ludzie, może o trochę innej niż nasza karnacji. Dziwiły nas natomiast ubiory kobiet. Takiego misz-maszu stylów nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. I nie chodzi tylko o to, że mniej więcej połowa kobiet (a może nawet więcej, zwłaszcza tych młodych) chodzi w spodniach, a reszta w długich spódnicach. Nierzadko dolna połowa ciała odziana jest w stylu zachodnim: dżinsy o z grubsza aktualnym modowo kroju i adidasy lub tenisówki. Zaś górna połowa ciała to styl islamu: na głowie i ramionach udrapowana obowiązkowa chusta, a do niej długi, zakrywający biodra i pośladki kabacik, z reguły w formie współczesnego swetra, żakietu lub kurteczki. Śmieszne!



W drodze na parking podziwialiśmy jeszcze uliczny grill – szkoda, że nie działający!


Powrót do hotelu przez miasto trwał ponad godzinę z powodu normalnych tutaj korków. Przez okna autokaru oglądaliśmy ulice Kairu. Wydawały się brudne, biedne i zatłoczone, ale także pełne zimowego życia. W lecie upał wysysa życie z większych arterii – może poza samochodami. Życia w ludzkiej postaci pozostaje niewiele i skupia się ono raczej w bocznych uliczkach.



Nasz hotel, niesławna Mayorca, znajdował się w dzielnicy Zamalek w pobliżu Wieży Kairskiej. Wyglądał (i pachniał), co tu kryć, ohydnie. Serwowano w nim też z dnia na dzień coraz bardziej spleśniałe śniadania. 


A widok z okien mówił sam za siebie…



Jednak miało to swoją zaletę. Mogliśmy się przyjrzeć życiu zwykłej, małej, kairskiej uliczki.



Wieczorem mogliśmy napić się kawy, naprawdę pysznej – z gałką muszkatołową i kardamonem, w zgrzebnym miejscu, które trudno nazwać kafejką, ale za to autentycznym, przeznaczonym dla autochtonów, nie dla turystów.




W tym przybytku kupiliśmy do domu pół kilograma świeżo mielonej kawy z korzennymi przyprawami - pyszności!

No i mogliśmy pójść na sok z trzciny cukrowej, przygotowywany w maleńkiej ulicznej dziupli. Nie twierdzę, że smak tego soku to nektar i ambrozja, lecz wstrętny nie jest i uważam, że spróbować warto. Oprócz zabytków i krajobrazów w podróży liczą się lokalne smaki, zapachy i klimaty.
Sok z trzciny cukrowej jest po prostu... słodki. Smacznego!
 
مرحبا



sobota, 21 lutego 2015

EGIPT. Nilometr na kilometr



Pewien typ budowli, o którym usłyszałam dopiero w Egipcie, i z którym dane mi było się tam osobiście poznać, zafascynował mnie tak, że muszę napisać post. Ta budowla to nilometr. Nilometrów, co oczywiste, nie ma nigdzie indziej na świecie… Zacznijmy jednak od samego Nilu.

Nil był dla starożytnych świętą rzeką. Wylewając, zamulał i dzięki temu użyźniał ziemię w dolinie, stwarzając warunki dogodne do uprawy zbóż, daktyli, oliwek, cebuli, granatów, fig, a nawet sałaty. Nawadniał pola i poił zwierzęta. Był główną arterią transportową. Dostarczał ryb. Z jego brzegów czerpano surowiec do wyrobu papirusów. Od niego zależało życie i nad nim się skupiało. Stanowił podstawę ekonomii.

Wiedząc to wszystko, nie znajdziemy nic dziwnego w fakcie, iż żyjące nad Nilem zwierzęta także stanowiły dla starożytnych Egipcjan świętość. Krokodyle i ibisy były czczone. Ich ciała po śmierci balsamowano z nadzieją na mumifikację oraz życie wieczne (Egipcjanie wierzyli bowiem, że życie trwa tak długo, jak długo istnieje ciało). Dlaczego właśnie te zwierzęta? Krokodyle i ibisy, jak zresztą wiele innych zwierząt, miały swoje ważne miejsce w religii starożytnych. Bóg Księżyca Thot ukazywał się czasem z głową ibisa, zaś bóg wód Sobek dumnie nosił pod swą dziwaczną koroną głowę krokodyla. Lecz to nie jedyny powód. Starożytni egipscy „statystycy” znaleźli bowiem korelację pomiędzy ilością krokodyli i ibisów nad Nilem a wysokością plonów. Gdy liczba tych zwierząt rosła, ziemia była dobrze nawodniona i żyzna. I były to całkiem słuszne obserwacje. Ibisy pojawiały się na wiosnę, w porze wylewów Nilu, by w płytkiej wodzie, która opuściła główne koryto rzeki, polować na ryby. Co do krokodyli, tu także na scenę wkracza ekologia. Dzięki obfitości wód była obfitość ryb, zaś dzięki obfitości ryb przybywało krokodyli.

Inną rzeczą, jakiej nie można się dziwić w związku ze wszystkim powyższym, jest budowa tzw. nilometrów. Były to specjalne budowle umożliwiające stałą kontrolę poziomu wody w Nilu, na czym z kolei opierało się przewidywanie prosperity lub klęsk żywiołowych, regulacja dystrybucji wody w lecie i ustalanie wysokości podatków oraz danin płaconych przez Egipcjan arabskiemu kalifowi. Rozpiętość skali pomiarowej lokowała się pomiędzy dwiema klęskami: suszy (np. gdy poziom wody w Nilu na wysokości Kairu spadał poniżej 6 m) oraz powodzi (gdy przewyższał 9 m). Zwykle nilometry stawiano w pobliżu świątyń, można więc powiedzieć, że tak jak sam Nil, pozostawały pod zarządem bogów, a ponadto dostarczały informacji tylko uprzywilejowanym, czyli kapłanom i władcom. Te najprymitywniejsze były po prostu nacięciami w brzegu rzeki, albo słupami umieszczonymi bezpośrednio w wodzie. Bardziej skomplikowane były schodami w zmierzającym do samej wody korytarzu z poziomymi nacięciami w ścianach. Te najbardziej wymyślne miały postać studni lub cysterny oddalonej od rzeki i połączonej z nią kanałem czy korytarzem. Swą rolę nilometry spełniały aż do współczesności, kiedy to na Nilu wzniesiono Tamy Asuańskie.

Nilometrów jest w Egipcie wiele. Ten najbardziej znany i jednocześnie najpiękniejszy, bo bogato zdobiony, można podziwiać w Kairze na wyspie Roda.

Nilometr w Kairze na wyspie Roda.

W Asuanie na wyspie Elefantynie znajdują się dwa nilometry, zupełnie różne. Nilometr związany z bogiem Khnumem, baraniogłowym władcą źródeł Nilu, ma kształt kwadratowego basenu. Nilometr przy świątyni bogini Satet, opiekunki wylewów Nilu, ma postać korytarza z 90 schodkami zbiegającymi ku rzece i z otworami, przez które napływa do niego woda. Schodki opisane są cyframi arabskimi, cyframi rzymskimi i egipskimi hieroglifami. Nilometr ten, jeden z najstarszych w Egipcie, pracował aż do XIX wieku.

Nilometr schodkowy w Asuanie.
Z kolei przy świątyni w Kom Ombo znajduje się „klasyczny” nilometr w kształcie studni. Na jego ścianach zapisane są dawne wylewy Nilu.

Nilometr przy świątyni w Kom Ombo.
W roku 2010 archeolodzy prowadzący wykopaliska w słynnej Alei Sfinksów, łączącej świątynię w Luksorze z kompleksem świątynnym w Karnaku, odkryli pozostałości wielce szacownego nilometru pochodzącego z czasów Nowego Państwa, czyli z okresu 1500-1000 r.p.n.e. Chociaż tak stary, nilometr ów miał postać studni ze spiralnymi schodkami na jej wewnątrznej ścianie.

Odkopany przez archeologów w 2010 nilometr w Alei Sfinksów w Luksorze.
Nam udało się przelotnie i z daleka rzucić okiem na nilometry w Assuanie i Kom Ombo, zaś dokładnie obejrzeliśmy jedynie nilometr kairski. Istnieją wskazania, iż w Kairze nilometr funkcjonował już w czasach faraonów, jednak pierwsza taka budowla na wyspie Roda stanęła w 715 roku. 135 lat później zniosła ją z powierzchni ziemi powódź. Kolejną wybudowano po arabskiej konkwiście w 861 roku, a zrobił to kalif Al-Mutawakkil. Potem nastąpiła długa seria naprzemienych zniszczeń i renowacji, trudno więc precyzyjnie określić wiek nilometru. Dość powiedzieć, że obecny nilometr kairski ma ponad tysiącletnie korzenie, bardzo starą część kamienną oraz stożkowatą kopułę z drewna wykonaną w XIX wieku jako replikę dawniejszej, tureckiej (która pochodziła z XVII w., a którą w 1825 byli wysadzili Francuzi). Wzoru kopuły dostarczył XVIII-wieczny rysunek nilometru autorstwa jakiegoś duńskiego podróżnika.

Wnętrze kairskiego nilometru z kamiennym słupem z VII w.
Choć trudno zrozumieć, jak słup z podziałką wskazującą poziom wody może „nie działać”, trzeba przyjąć do wiadomości, iż kairski nilometr jest już tylko pamiątką historyczną. Jego konstrukcja była bowiem bardziej wyrafinowana: woda docierała do umieszczonego w kamiennej studni słupa pomiarowego trzema tunelami. Tunele są dzisiaj zamurowane, więc po stromych schodkach wewnątrz studni można TEORETYCZNIE bezpiecznie chodzić. Teoretycznie, bowiem brak jakiejkolwiek barierki czy poręczy nie czyni tego sportu bezpiecznym. A szkoda, bo niejeden turysta chciałby się sfotografować we wnętrzu studni ze słupem pomiarowym w objęciach! W internecie wyczytałam, że zaproponowanie panu pilnującemu studni bakszyszu jest gwarantowanym sposobem na zejście po schodkach, jednak w przypadku naszej grupy propozycja ta została odrzucona z całą stanowczością. I nawet domyślam się, dlaczego. W dzisiejszych trudnych czasach grupy zorganizowane zwiedzające niektóre miejsca w Egipcie dostają z przydziału policjanta, który ma pilnować bezpieczeństwa turystów. Policjant chodzi za turystami krok w krok i zagania ich do stadka niczym pies pasterski rozpraszające się bezmyślnie owieczki. Tak też było w naszym przypadku. W obecności przedstawiciela władzy pan pilnujący studni nie miał odwagi oddać nam nielegalnej usługi, nieważne, czy za pieniądze, czy za darmo.
Nota bene, same schodki także uczestniczyły w pomiarze poziomu Nilu. Jest ich 45, a każdy ma 24 cm wysokości – łatwo więc o dane dokładniejsze niż te ze słupa. Marmurowy słup pomiarowy ma długość 19 łokci, czyli około 9,5 m. Przy 12 łokciach wody prognoza brzmiała źle: głód. Przy 13 było już troszkę lepiej: cierpienie. 14 łokci oznaczało szczęśliwość, 15 – bezpieczeństwo, a 16 – dostatek (dolina Nilu była wówczas  nawodniona w całości). Przy 18 łokciach rozpoczynała się katastrofa. Tak więc odczyt 13 łokci i jeden schodek oznaczał stan pośredni pomiędzy cierpieniem a szczęśliwością…

Pałacowe zdobienia wnętrza kopuły kairskiego nilometru.

Co do zdobień drewnianej kopuły kairskiego nilometru, na uwagę zasługują wersety Koranu zapisane tzw. pismem kuficznym. Nazwą tą określa się kanciaste i jednocześnie umajone ornamentami roślinnymi pismo używane w celach dekoracyjnych. Nie chodzi tu jednak o sam kształt liter, ani o treść wersetów (np. „Wysyłamy na ziemię deszcz jako błogosławieństwo niebios, dzięki czemu ogrody rozkwitną i ziarno będzie zebrane, 50:9”), tylko o fakt, iż stanowią one najstarszy znany przykład inskrypcji grupowych w Egipcie.

Tureckie kafelki w kairskim nilometrze.

Wnętrze kopuły wyłożone wzorzystymi kafelkami tureckimi, kojarzącymi się z pałacem Topkapi w Stambule, to czysta wspaniałość.

I na koniec ciekawostka. W wiekach średnich, gdy poziom wody w Nilu osiągał 16 łokci, rozpoczynały się obchody Festiwalu Otwarcia Kanału, Fath al-Khalij. Kanał Khalij, który znajdował się po drugiej stronie wyspy Roda w stosunku do głownego nurtu Nilu, był wówczas zamknięty zaporą usypaną z ziemi. Po jego otwarciu nadmiar wody, typowy dla pory letniej, wypełniał kanał i Kair mógł spać spokojnie. Festiwal należał do tych najbardziej widowiskowych – m.in. za sprawą kolorowo udekorowanych łodzi pływających po Nilu. Niestety, nie co roku Kair mógł świętować. W latach chudych zamiast festiwalu odbywały się zbiorowe modły o wodę, którym towarzyszył post (nie ten, który właśnie piszę, tylko taki polegający na niejedzeniu).

Moje przesłanie w tym artykuliku brzmi następująco: nilometr w Kairze naprawdę warto obejrzeć! Jego serce, czyli słup z podziałką, to najstarszy zabytek muzułmański miasta. Jest to jedyny tak szczodrze zdobiony nilometr w kraju, a zdobienia są piękne. Jako jedyny spośród nilometrów ma część nadziemną w kształcie zaostrzonej końcówki ołówka. I jest widoczny prawie na kilometr – szczególnie dobrze ze wschodniego brzegu Nilu.

   
مرحبا

PS. Źródła informacji: Przewodnik Gazety Wyborczej “Podróże marzeń – Egipt” (wyd. Mediaprofit, 2005); “Praktyczny przewodnik – Egipt” (wyd. Pascal, 2003); “The Nilometer on Rawda (Roda) Island in Cairo” (http://www.touregypt.net/featurestories/nilometerroda.htm);
”Ancient nilometer unearthed” (http://www.decodingtheheavens.com/);